25 lat od wydarzeń z 11 września 2001 r. w Nowym Jorku – nasze wspomnienia z wyprawy do USA
Nasza przygoda z kierunkiem „Nowy Jork” zaczęła się nietypowo – nie od razu na błyszczącym Times Square.
Lądowaliśmy na lotnisku w Newark. Zatrzymaliśmy się w dawnym „St. Francis Hotel”, rzut kamieniem od Newark Penn Station, otwartej w 1935 r. To miejsce miało w sobie surowy urok dawnej Ameryki ze starych filmów, który udało mi się uchwycić na zdjęciach:
Po przylocie nie planowaliśmy nawet stawiać stóp po drugiej stronie rzeki, na Manhattanie. To miał być nasz pierwszy tak długi lot i pierwsze zetknięcie z taką zmianą czasu, więc nie mieliśmy pojęcia, jak zareagujemy. Najważniejszym punktem miał być Pomnik Katyński w Jersey City, do którego mieliśmy niedaleko i który stoi na Exchange Place. Jego widok zapiera dech w piersiach – żołnierz z bagnetem wbitym w plecy na tle nowoczesnych wieżowców Manhattanu. Fundamenty pomnika skrywają ziemię z Katynia – kawałek historii Polski w samym sercu New Jersey.
Pierwsze spojrzenie na Manhattan z tego miejsca sprawiło, że nie potrafiliśmy nie wyruszyć na drugą stronę rzeki Hudson. Moment, w którym nasze stopy po raz pierwszy dotknęły ziemi Nowego Jorku, nastąpił w miejscu najbardziej wzruszającym z możliwych – przy World Trade Center.
Wyjście z nowoczesnego, białego Oculusa (niczym szkielet ogromnego ptaka gotowego do lotu) prosto na plac pamięci było dla mnie doświadczeniem niemal surrealistycznym. Gdybym dziś znów miała znaleźć się w NYC, to ponownie właśnie tam udałabym się w pierwszej kolejności.
Sercem pomnika są dwa gigantyczne baseny umieszczone dokładnie w miejscach, gdzie stały Wieża Północna i Wieża Południowa. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę widzę to na własne oczy. Chyba dopiero w tym miejscu prawdziwie uświadomiłam sobie, że jesteśmy w Nowym Jorku.
I tak sobie myślę, że zanim zobaczyliśmy Nowy Jork pełen neonów i pośpiechu, poznaliśmy jego najbardziej poruszające oblicze…
Zapraszam do dzisiejszego wpisu, który ma na celu upamiętnienie wydarzeń sprzed 25 lat oraz powrót wspomnieniami do naszej pierwszej wizyty w Stanach.
Wizyta w 9/11 Memorial & Museum pozostawiła mnie bez słów
9/11 Memorial & Museum zostało zbudowane bezpośrednio w miejscu dawnego kompleksu World Trade Center, a jego ekspozycja prowadzi zwiedzających przez historię zamachów, ich bezpośrednie następstwa oraz osobiste historie ludzi, których dotknęła ta tragedia.
Wchodząc na teren Ground Zero, najpierw uderza cisza. Choć Nowy Jork wokół tętni życiem, czego mamy okazję doświadczyć pierwszy raz w życiu, szum dwóch ogromnych basenów wycisza cały zgiełk miasta, zmuszając do zatrzymania się.
Czekaliśmy, aby się tu znaleźć.
W myślach mieliśmy to, co wydarzyło się 25 lat temu. 11 września 2001 roku. To był piękny, wyjątkowo bezchmurny wtorek. Nad Nowym Jorkiem rozciągało się czyste, niemal krystaliczne błękitne niebo. Tego dnia dziewiętnastu zamachowców Al-Kaidy porwało cztery samoloty pasażerskie. Dwa z nich uderzyły w wieże World Trade Center, trzeci w Pentagon, a czwarty – dzięki bohaterstwu pasażerów – rozbił się na polu w Pensylwanii. Tego dnia zginęło 2977 osób. Wśród nich byli obywatele ponad dziewięćdziesięciu krajów, dzieci, a także ci, którzy włożyli wszystkie siły, aby biec na pomoc: 343 strażaków FDNY, 23 policjantów NYPD oraz 37 funkcjonariuszy Port Authority.
Memorial Plaza
Pomnik „Reflecting Absence” (Odbicie Nieobecności), otwarty w dziesiątą rocznicę zamachów, wywołuje gęsią skórkę. Dwa gigantyczne baseny ulokowane są dokładnie w obrysach fundamentów Północnej i Południowej Wieży. Woda spływa po czarnych ścianach w głąb wielkiej otchłani, której dna nie możemy dostrzec. To jak symboliczna wyrwa w sercu miasta, której nie planowano wypełnić. Ciężko wyobrazić sobie wymiar tego miejsca, póki nie poczuje się go pod stopami, nie spojrzy się w niebo, nie wsłucha w szum wody w basenach. Nie zobaczy się mnogości nazwisk ofiar. To dość irracjonalne uczucie. Być tu. Na panelach wokół basenów przyglądamy się wyrytym nazwiskom wszystkich ofiar (w tym osób z zamachu na WTC z 1993 roku). Dostrzegamy wciśnięte w niektóre z nich świeże róże – to gest pamięci pozostawiony w dniu ich urodzin.
Obok Południowego Basenu rośnie niepozorne drzewo – grusza Callery, zwana Survivor Tree (pl. Ocalałe Drzewo). W październiku 2001 roku robotnicy wydobyli ją spod gruzów: ze spalonym pniem, połamanymi gałęziami i zerwanymi korzeniami. Po dziewięciu latach troskliwej opieki w szkółce na Bronxie, drzewo wróciło na swoje miejsce. Dziś ma ponad dziewięć metrów i co wiosnę zakwita na biało jako pierwsze na placu. Dziś świadczy o tym, że odrodzenie jest możliwe nawet po największej katastrofie, nawet w miejscu śmierci i zniszczenia.
Zejście do podziemi
Muzeum leży 21 metrów pod ziemią. Schodzimy długą, zacienioną rampą. Zostawiamy za sobą błękit nieba, światło dzienne i wkraczamy do podziemi. Dotyka nas chłód powietrza i surowość betonu. Naprawdę nie wiem, czego się spodziewać. Domyślam się, że to będzie przejmujące doświadczenie, ale nie mogę sobie wyobrazić, jak bardzo.
Mijamy Survivor Stairs – ocalałe betonowe schody, po których 11 września setki przerażonych ludzi uciekały z płonącego kompleksu. Stojąc w tym miejscu nie sposób nie wyobrażać sobie pośpiechu stóp panicznie szukających ratunku.
W wielkiej przestrzeni Memorial Hall wisi instalacja Spencera Fincha: 2983 papierowe kwadraty pomalowane akwarelą na różne odcienie błękitu (Trying to Remember the Color of the Sky on That September Morning; pl. Próbując przypomnieć sobie kolor nieba w ten wrześniowy poranek). Każda plama to inny odcień nieba tamtego ranka i każda symbolizuje jedno przerwane życie. To naprawdę skłania do refleksji. Pomiędzy nimi lśni cytat z Wergiliusza, odlany ze stali odzyskanej z Ground Zero: „No day shall erase you from the memory of time” (pl. Żaden dzień nie wymaże was z pamięci czasu).
Niezwykły eksponat: Słowo stopione w stali
Jednym z najbardziej wstrząsających eksponatów w muzeum, które pragnęłam zobaczyć na własne oczy, jest tzw. „Stopiona Biblia” (Melted Bible). Podczas prac porządkowych jeden ze strażaków odnalazł w gruzach zwęglony fragment stali pochodzący z zawalonej wieży, w który wtopił się egzemplarz Pisma Świętego. Biblia otworzyła się na stronie z Ewangelią św. Mateusza, na rozdziale 5. Możemy dokładnie i w pełni przeczytać te konkretne słowa:
I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.
Powiedziano też: Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. A ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę - poza wypadkiem nierządu - naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa.
Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.
Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
Mt 5, 30-42
Widok tych słów, tej konkretnej zachowanej strony, wywołuje dreszcz i zmusza do głębokiej refleksji.
Do eksponatów, które wywołały w nas największe wrażenie i skłoniły do zadumy, z pewnością należał zgnieciony, całkowicie zmiażdżony wóz strażacki Ladder Company 3, którego cała załoga zginęła w Północnej Wieży.
Do innych eksponatów codziennego, prozaicznego użytku należały m. in.: portfele pełne kart kredytowych, stopione zegarki zatrzymane na godzinie uderzenia, zakurzone buty, klucze do mieszkań, do których właściciele nigdy nie wrócili, różańce, książeczki do nabożeństwa… Być może ktoś zdążył ostatni raz przeczytać słowa modlitwy, ostatni raz przesunąć paciorki różańca w swoich dłoniach…
Ogromne wrażenie budzi wyeksponowana, wygięta w łuk potężna stalowa konstrukcja, tzw. „Trójząb” (Trident), stanowiąca fragment elewacji bazy wieży. Niestety nie wiem, czy mogę ją tu pokazać. Wolę nie ryzykować.
Foundation Hall i Ostatnia Kolumna
W Foundation Hall stoi ocalała ściana oporowa (slurry wall), która przetrwała zawalenie się budynków i utrzymała napór wód rzeki Hudson, chroniąc Nowy Jork przed zalaniem. Naprawdę robi ogromne wrażenie. W centrum sali wznosi się Last Column (pl. Ostatnia Kolumna) – 11-metrowa stalowa kolumna, ostatni element wywieziony z Ground Zero w maju 2002 roku. Przez 9 miesięcy ratownicy, strażacy, policjanci i rodziny pokrywali ją wydrapanymi inicjałami, zdjęciami bliskich, naszywkami formacji mundurowych i różańcami. Patrząc na nią z bliska, widzieliśmy nie tylko dramat, ale też solidarność ludzką i potrzebę zjednoczenia się w tragedii.
Poruszające historie ludzi
Wystawa historyczna opowiada o tragedii z 11 września minuta po minucie, a interaktywne instalacje i autentyczne nagrania audio sprawiły, że mogliśmy poczuć się świadkami tamtych chwil. W tym miejscu najbardziej przejmujące było dla mnie słuchanie poczty głosowej – wiadomości pozostawionych przez pasażerów porwanych samolotów swoim żonom i mężom… Ostatnie wypowiedziane słowa.
„Cześć kochanie, samolot został porwany... chcę tylko powiedzieć, że cię kocham”.
To doświadczeniem trudne i intymne, które po prostu ściska za gardło. Pamiętam, że w tamtej chwili powiedziałam do mojego Męża: „Zobacz, gdyby ktoś odebrał ten telefon nigdy nie moglibyśmy wysłuchać tego nagrania z poczty głosowej”.
Stewardesa z rejsu American Airlines 11 wykonuje telefon o 8:19. Wykazując niemal nieludzki spokój, podaje numery zajętych miejsc zamachowców i opisuje sytuację w kabinie. Rozmawia przez 23 minuty. Jej precyzja pozwoliła władzom natychmiast zorientować się, że mają do czynienia z skoordynowanym atakiem terrorystycznym i zamknąć przestrzeń powietrzną nad USA.
24-letni analityk finansowy pracował na 104. piętrze Południowej Wieży. Gdy doszło do ataku, założył na twarz czerwoną bandanę (którą nosił od dziecka) i zamiast uciekać, ruszył na pomoc innym. W mroku i dymie odnalazł rannych, wziął ciężko poparzoną kobietę na plecy i sprowadził grupę 17 pięter w dół do bezpiecznej windy. Zamiast samemu wsiąść, odwrócił się i powiedział: „Wracam po pozostałych”. Zrobił tak trzy razy, ratując życie co najmniej 18 osób. Sam zginął, gdy wieża runęła. Dziś jego czerwona bandana spoczywa w gablocie, stanowiąc symbol absolutnego poświęcenia.
„Are you ready? Okay. Let’s roll” (pl. Jesteście gotowi? No to do dzieła) – te słowa zarejestrowała operator Lisa Jefferson. Pasażerowie lotu 93, wiedząc już z rozmów telefonicznych o uderzeniach w WTC, podjęli heroiczną decyzję o szturmie na kokpit. Prawdopodobnie uniemożliwili terrorystom uderzenie w Kapitol w Waszyngtonie. Zginęli wszyscy, ale uratowali setki innych ludzkich żyć.
Pracownica Port Authority uciekała schodami z 64. piętra. Na 13. piętrze schodziła w pyle, gdy nagle budynek zaczął się walić. Przez 27 godzin leżała przygnieciona w całkowitych ciemnościach, ze zmiażdżoną nogą. Jak wspomina, w krytycznym momencie czuła, że ktoś trzyma ją za rękę i usłyszała głos: „Mam na imię Paul, wszystko będzie dobrze”. Została odnaleziona jako ostatnia żywa osoba wydobyta z ruin Ground Zero. Człowieka o imieniu Paul nigdy nie udało się zidentyfikować wśród ratowników obecnych tego dnia na miejscu.
W przyciemnionej sali na ścianach wiszą 2983 portrety. Od uśmiechniętych dzieci, przez młodych ludzi w dniu ślubu, po starszych pracowników. Można podejść do dotykowych ekranów, kliknąć na dowolne zdjęcie i posłuchać krótkiej opowieści nagranej przez żonę, męża, dziecko czy przyjaciela. W ten sposób mamy poczucie, że mamy do czynienia z konkretnym człowiekiem, który kochał jazz, hodował róże albo marzył o podróżach.
Tragedia World Trade Center posiada także akcent Polski. Tego dnia zginęli również obywatele naszego kraju, m. in. Anna De Bin, Maria Jakubiak, Dorota Kopiczko, Jan Maciejewski, Łukasz Milewski i Norbert Szurkowski...
Ta świadomość sprawia, że jeszcze głębiej zdajemy sobie sprawę z tego, że 11 września nie jest wyłącznie historią odległego kraju zza oceanu, obcych ludzi i wydarzenia oglądanego na ekranach telewizorów. Wśród tych nazwisk są także Polacy – ludzie, których rodziny w Polsce i na emigracji miały swoje plany, codzienne troski i nadzieje na przyszłość. Za każdym nazwiskiem na tych ścianach kryje się czyjeś życie.
Nie dołączam do tego wpisu wielu zdjęć wykonanych wewnątrz muzeum, choć właśnie tam zobaczyliśmy wiele eksponatów, które chciałabym tu pokazać… Wynika to nie tylko z charakteru tego miejsca, ale również z obowiązujących w nim zasad. W 9/11 Memorial & Museum osobiste fotografowanie jest dozwolone wyłącznie na użytek prywatny i niekomercyjny, a w kilku częściach muzeum obowiązuje całkowity zakaz fotografowania i nagrywania – przede wszystkim w wystawie historycznej „September 11, 2001” oraz wystawie pamięci „In Memoriam”. Fotografować nie wolno również w strefie kontroli bezpieczeństwa, audytorium, podczas filmu „Rebirth at Ground Zero” oraz w South Tower Gallery. Lampa błyskowa jest zabroniona na terenie całego muzeum. To tak dla waszej wiadomości, gdybyście w przyszłości mieli plan odwiedzić to miejsce.
Nie mogę więc pokazać Wam również zdjęcia najbardziej przejmującego dla mnie eksponatu – stopionej Biblii.
Dlatego część tego, o czym tu napisałam, pozostaje przede wszystkim w naszej pamięci. Zdjęcia, które mogłam zrobić i które mogę pokazać, są jedynie niewielkim fragmentem tego, co zobaczyliśmy. I może dobrze, że tak jest – niektórych miejsc nie da się przecież ująć ani przedstawić fotografią w sposób, który by w pełni oddawał wymiar tego miejsca.
Pod deszczowym nowojorskim niebem
Wychodząc z muzeum na powierzchnię, z powrotem pod nowojorskie, deszczowe niebo, potrzeba momentu na złapanie tchu. Odwiedziliśmy właśnie przestrzeń potężnej żałoby, ale i niewyobrażalnego hartu ducha. Stając w tym miejscu stykamy się z najgorszą i najtrudniejszą stroną ludzkiej natury, ale jednocześnie z tym, co w człowieku najpiękniejsze: poświęceniem, miłością, solidarnością i heroizmem.
Po wyjściu z muzeum nazwiska wyryte wokół basenów wyglądają na swój sposób inaczej. Przestają być tylko wyrytymi literami, a zaczynają przedstawiać osobistą, indywidualną historię ludzi, którzy wyszli rano do pracy i nigdy z niej nie wrócili. Którzy dzwonili do swoich bliskich, a ich telefon nie został nigdy odebrany. Którzy musieli podjąć heroiczne decyzje, często w imię słów:
Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.
J 15, 13
Przygotowując ten wpis trafiłam na pewne wspomnienie, które mnie poruszyło, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę wydarzenia, jakie przed nami:
„Rankiem 11 września 2001 roku pracowałem w World Trade Center, dokładnie naprzeciwko Bliźniaczych Wież. Gdy drugi samolot terrorystów uderzył w drugą wieżę, znajdowałem się przed budynkiem, w którym mieściło się moje biuro, pomagając ewakuować ludzi w bezpieczne miejsce. Śmierć i zniszczenie były wszędzie wokół nas, jeszcze zanim wieże runęły.
W tamtej chwili sięgnąłem do kieszeni, dotknąłem mojego różańca i w ciszy pomodliłem się o wstawiennictwo arcybiskupa Sheena. Podobnie jak wielu nowojorczyków, kochałem Sheena i wiedzieliśmy, jak bardzo on sam kochał Nowy Jork. Byłem pewien, że gdyby 11 września 2001 roku nadal żył, natychmiast pospieszyłby na miejsce tragedii, aby ofiarować swoje duchowe pocieszenie i modlitwę wszystkim, których dotknęła ta niewypowiedziana tragedia.
W 25. rocznicę tych wydarzeń, a także każdego dnia, nadal modlę się o wstawiennictwo arcybiskupa Sheena, prosząc go, aby czuwał nad miastem, które tak bardzo kochał. Modlę się o jego kanonizację, wierząc, że ten Sługa Boży wciąż inspiruje ludzi takich jak ja, którzy każdego dnia doświadczają jego żywej obecności – zarówno w chwilach tragedii, jak i triumfu.
Joseph P. Delaney, Staten Island, Nowy Jork”
Tak więc po wyjściu zostały za nami podziemia Ground Zero, tysiące nazwisk, osobiste historie ofiar i słowa Pisma Świętego, które w cudowny sposób przetrwały wśród gruzów.
A przed nami był jeszcze jeden ważny cel tej podróży. Ruszyliśmy śladami abp. Fultona J. Sheena po Nowym Jorku, po mieście, które tak bardzo kochał.































.jpg)






Komentarze
Prześlij komentarz